Na temat katastrofy samolotu w Smoleńsku napisano już tak wiele, że mój wpis muszę potraktować wyłącznie w kategoriach osobistej potrzeby refleksji, która umyka niechcący w nawale pracy i rozmów na ten temat niejako z metapoziomu. To raczej luźne zapiski, niż próba analizy.
1. Obserwuję rzeczywistość z trzech poziomów: relacji w mediach (w tym w internecie), wypowiedzi moich Przyjaciół i znajomych oraz własnych emocji i myśli. W naturalny sposób ten trzeci poziom jest mocno zniekształcony przez dwa pozostałe. Z jakiegoś powodu od mniej więcej wtorku mam jednak sporą potrzebę intymnej i osobistej rozmowy na temat tego, co się stało. Moi Przyjaciele, którzy normalnie pełnią funkcję uczestników takiej rozmowy, zdają się jednak przeżywać to, co się stało wyłącznie na poziomie intelektualnym.
Zastanawiam się, dlaczego tak jest, z drugiej strony obserwuję, że sama mam skłonność raczej do podawania skojarzeń i przemyśleń, niż opisywania uczuć. To jest trochę tożsame z tym, co wyrażają internauci. Zupełnie, jakby w tej sytuacji emocje i przeżycia były zarezerwowane wyłącznie dla mediów.
2. Nieuniknione jest, że spędzam każdą możliwą chwilę na śledzeniu relacji w mediach. W jakimś sensie, w ograniczonej przestrzeni mojej pracy, mam niewielki wpływ na jakość i rodzaj tych relacji. W internecie i telewizji (nie mam chwilowo czasu przyjrzeć się prasie, znam jedynie okładki) relacje są przesycone emocjami. Poza nielicznymi wyjątkami typu „mamy ostatnie zdjęcie smugi kondensacyjnej samolotu prezydenckiego” oraz pytania „a gdyby pan był w tym samolocie”*** media nie nakręcały (nie nakręcają) jednak atmosfery przez zapełnianie pustego czasu wyłącznie zbliżeniami zapłakanych twarzy czy dramatyczne zawieszanie głosu, jak miało to miejsce po śmierci Jana Pawła II. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że ilość informacji spływająca do newsroomów jest od momentu katastrofy ogromna – począwszy od przyczyn katastrofy i jej przebiegu, poprzez identyfikację ofiar i przybliżenie ich sylwetek, organizację przewozu ciał do kraju, uroczystości związane z pochowaniem ofiar, reakcje świata (mediów, polityków, duchownych i przedstawicieli przeróżnych organizacji), wreszcie dynamiczne zmiany w planowanych uroczystościach powiązane z zamknęciem przestrzeni powietrznej.
Gdyby nie zginęło tak wiele osób, zapewne przez ponad tydzień w mediach mielibyśmy wyłącznie emocje.
A jednak forma relacji, ton którym podawane są informacje, jest potężnie emocjonalny.
3. Zgadzam się z głosami, które wypowiada część komentatorów, że dziennikarze (po oczywistej i ludzkiej pierwszej chwili ogromnego szoku) są od tego, by rzetelnie, spokojnie i bezstronnie relacjonować rzeczywistość, nie zaś od tego, by w takiej chwili pokazywać swoje przeżycia. Mam poczucie, fantazję, że dziennikarze sami ulegli nieuświadomionej zasadzie, że muszą pokazywać emocje. Oglądając relacje telewizyjne skóra cierpła mi za każdym razem, gdy dziennikarze w podsumowaniach, zapowiedziach i informacjach używali wielkich kwantyfikatorów („zginęła cała polska elita”, „naród polski został osierocony”), czy łamiącym się głosem opowiadali, że np. pogoda w sobotę jest zupełnie bez znaczenia w obliczu tak ważnych uroczystości.
Nie odmawiam dziennikarzom prawa bycia wstrząśniętymi. Nie odmawiam im przeżywania żałoby. Sama ją przeżywam w stopniu, który mnie zaskakuje, choć przecież ogromnie wiele krytycznych zdań i słów wygłosiłam pod adresem wielu osób, które zginęły pod Smoleńskiem. Uważam jednak, że naszym zadaniem jest informowanie, nie przeżywanie na antenie czy na łamach. To ekstremalna dla mediów sytuacja, kiedy informacje napływają do newsroomów w jakichś niewyobrażalnych ilościach. Musimy je właściwie oddzielać, prezentować obiektywnie, informować, pozwalając ludziom na przeżywanie (indywidualne bądź zbiorowe) tego, co się stało.
Śmiem twierdzić, że nastrój emocji (zamiast nastroju refleksji, myślenia, rozważań intelektualnych) funkcjonuje głównie w mediach, podczas gdy internauci między sobą unikają emocji na rzecz przemyśleń właśnie. Mam również wrażenie, że (proszę wybaczyć górnolotne słowa) Polacy nie są podzieleni na linii Wawel-Powązki, a na linii przeżywanie-myślenie, przy czym (odwrotnie niż w mediach), w internecie odzywają się głównie ci drudzy.
4. Kiedy w mediach oglądamy uroczystości żałobne, słuchamy wspomnień o ofiarach, na poziomie emocjonalnym trudno wokół tego przejść obojętnie. Kiedy informowanie odbywa się w tonie emocji, mamy przed sobą trwający ponad tydzień poruszający film. Nawet, gdyby była to fikcja (choć niestety nie jest), trudno byłoby nie przeżywać bólu, nie czuć ściskania w gardle i wewnętrznego zaprzeczenia. Przecież codziennie płaczemy nad fikcyjnymi bohaterami w kinach i we własnych fotelach. Zawsze twierdziłam, że wzbudzanie emocji nie jest specjalie trudne. Na poziomie nawet czysto biologicznym, jesteśmy stworzeni do przeżywania niezależnego od intelektualnej wiedzy, że bohater jest fikcyjny, a grający go aktor przeżył i ma się świetnie.
Po drugie, przeżywalibyśmy stratę, gdyby w Rosji rozbił się rejsowy airbus. Prawdopodobnie również ogłoszona zostałaby żałoba narodowa. Róznica polega jednak na tym, że zdarzył się wypadek, w którym ofiary nie są anonimowe. Każdy, kto choć raz w miesiącu oglądał wiadomości, zna co najmniej kilka nazwisk i twarzy, potrafi je skojarzyć z jakimiś czynami, historią, poglądami. Znamy tych ludzi, nawet, jeśli nie interesowaliśmy się nimi lub nie zgadzaliśmy z ich decyzjami i słowami.
To wszystko – moim zdaniem – powoduje, że nie ma głosów „dość tej żałoby” – choć zawsze wcześniej dało się je wyraźnie słyszeć.
5. Myślę także (świadoma niekonsekwencji i sprzeczności we własnych słowach), że może cały ten sprzeciw, zapisywanie się do grup poparcia dla pochowania pary prezydenckiej w piramidzie Cheopsa, ignorowanie poruszania w wypowiedziach tematu straty przy jednoczesnej hiperaktywności w innych tematach (generalne współuczestnictwo, czy to na zasadzie poparcia, czy sprzeciwu), to objaw emocji przepuszczonych przez silne mechanizmy obronne. Oczywiście publiczne mówienie (pisanie) w internecie spełnia różne funkcje sprzyjające radzeniu sobie – mam intuicję, że taką funkcję spełnia mówienie (pisanie) o czymkolwiek, niekoniecznie o wydarzeniu, które owo poczucie straty spowodowało. Jestem ciekawa, czy faktycznie ludzie więcej czasu spędzają teraz na Facebooku czy Blipie, niż ma to miejsce na co dzień (na pewno spędzają więcej czasu w internecie ogólnie) – i czy rzeczywiście te „dodatkowe” wypowiedzi nie dotyczą katastrofy w Smoleńsku (tak wynika z moich, ograniczonych rzecz jasna, obserwacji). Jeśli ktoś ma taką wiedzę, będę wdzięczna za linki czy tytuły do publikacji w komentarzach.
——————————————————————————————————————————————————–
*** W TVN gościem był Aleksander Kwaśniewski. Wymiana zdań wyglądała mniej więcej tak (parafrazuję z pamięci):
Gospodarz: – Dlaczego nie było pana w samolocie?
A. Kwaśniewski: – Nie zostałem zaproszony, ale nie rozmawiajmy teraz o tym.
Gospodarza (zawiesza i zniża głos, chwila ciszy pełna powagi): – A gdyby pan był…?



Powiedzieli…