:: media i ludzie. o katastrofie pod smoleńskiem, przeżywaniu żałoby w mediach i reakcji na stratę ::

•Kwiecień 18, 2010 • Dodaj komentarz

Na temat katastrofy samolotu w Smoleńsku napisano już tak wiele, że mój wpis muszę potraktować wyłącznie w kategoriach osobistej potrzeby refleksji, która umyka niechcący w nawale pracy i rozmów na ten temat niejako z metapoziomu. To raczej luźne zapiski, niż próba analizy.

1. Obserwuję rzeczywistość z trzech poziomów:  relacji w mediach (w tym w internecie), wypowiedzi moich Przyjaciół i znajomych oraz własnych emocji i myśli. W naturalny sposób ten trzeci poziom jest mocno zniekształcony przez dwa pozostałe. Z jakiegoś powodu od mniej więcej wtorku mam jednak sporą potrzebę intymnej i osobistej rozmowy na temat tego, co się stało. Moi Przyjaciele, którzy normalnie pełnią funkcję uczestników takiej rozmowy, zdają się jednak przeżywać to, co się stało wyłącznie na poziomie intelektualnym.

Zastanawiam się, dlaczego tak jest, z drugiej strony obserwuję, że sama mam skłonność raczej do podawania skojarzeń i przemyśleń, niż opisywania uczuć. To jest trochę tożsame z tym, co wyrażają internauci. Zupełnie, jakby w tej sytuacji emocje i przeżycia były zarezerwowane wyłącznie dla mediów.

2. Nieuniknione jest, że spędzam każdą możliwą chwilę na śledzeniu relacji w mediach. W jakimś sensie, w ograniczonej przestrzeni mojej pracy, mam niewielki wpływ na jakość i rodzaj tych relacji. W internecie i telewizji (nie mam chwilowo czasu przyjrzeć się prasie, znam jedynie okładki) relacje są przesycone emocjami. Poza nielicznymi wyjątkami typu „mamy ostatnie zdjęcie smugi kondensacyjnej samolotu prezydenckiego” oraz pytania „a gdyby pan był w tym samolocie”*** media nie nakręcały (nie nakręcają) jednak atmosfery przez zapełnianie pustego czasu wyłącznie zbliżeniami zapłakanych twarzy czy dramatyczne zawieszanie głosu, jak miało to miejsce po śmierci Jana Pawła II. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że liczba informacji spływająca do newsroomów jest od momentu katastrofy ogromna – począwszy od przyczyn katastrofy i jej przebiegu, poprzez identyfikację ofiar i przybliżenie ich sylwetek, organizację przewozu ciał do kraju, uroczystości związane z pochowaniem ofiar, reakcje świata (mediów, polityków, duchownych i przedstawicieli przeróżnych organizacji), wreszcie dynamiczne zmiany w planowanych uroczystościach powiązane z zamknęciem przestrzeni powietrznej.

Gdyby nie zginęło tak wiele osób, zapewne przez ponad tydzień w mediach mielibyśmy wyłącznie emocje.

A jednak forma relacji, ton którym podawane są informacje, jest potężnie emocjonalny.

3. Zgadzam się z głosami, które wypowiada część komentatorów, że dziennikarze (po oczywistej i ludzkiej pierwszej chwili ogromnego szoku) są od tego, by rzetelnie, spokojnie i bezstronnie relacjonować rzeczywistość, nie zaś od tego, by w takiej chwili pokazywać swoje przeżycia. Mam poczucie, fantazję, że dziennikarze sami ulegli nieuświadomionej zasadzie, że muszą pokazywać emocje. Oglądając relacje telewizyjne skóra cierpła mi za każdym razem, gdy dziennikarze w podsumowaniach, zapowiedziach i informacjach używali wielkich kwantyfikatorów („zginęła cała polska elita”, „naród polski został osierocony”), czy łamiącym się głosem opowiadali, że np. pogoda w sobotę jest zupełnie bez znaczenia w obliczu tak ważnych uroczystości.

Nie odmawiam dziennikarzom prawa bycia wstrząśniętymi. Nie odmawiam im przeżywania żałoby. Sama ją przeżywam w stopniu, który mnie zaskakuje, choć przecież ogromnie wiele krytycznych zdań i słów wygłosiłam pod adresem wielu osób, które zginęły pod Smoleńskiem. Uważam jednak, że naszym zadaniem jest informowanie, nie przeżywanie na antenie czy na łamach. To ekstremalna dla mediów sytuacja, kiedy informacje napływają do newsroomów w jakichś niewyobrażalnych ilościach. Musimy je właściwie oddzielać, prezentować obiektywnie, informować, pozwalając ludziom na przeżywanie (indywidualne bądź zbiorowe) tego, co się stało.

Śmiem twierdzić, że nastrój emocji (zamiast nastroju refleksji, myślenia, rozważań intelektualnych) funkcjonuje głównie w mediach, podczas gdy internauci między sobą unikają emocji na rzecz przemyśleń właśnie. Mam również wrażenie, że (proszę wybaczyć górnolotne słowa) Polacy nie są podzieleni na linii Wawel-Powązki, a na linii przeżywanie-myślenie, przy czym (odwrotnie niż w mediach), w internecie odzywają się głównie ci drudzy.

4. Kiedy w mediach oglądamy uroczystości żałobne, słuchamy wspomnień o ofiarach, na poziomie emocjonalnym trudno wokół tego przejść obojętnie. Kiedy informowanie odbywa się w tonie emocji, mamy przed sobą trwający ponad tydzień poruszający film. Nawet, gdyby była to fikcja (choć niestety nie jest), trudno byłoby nie przeżywać bólu, nie czuć ściskania w gardle i wewnętrznego zaprzeczenia. Przecież codziennie płaczemy nad fikcyjnymi bohaterami w kinach i we własnych fotelach. Zawsze twierdziłam, że wzbudzanie emocji nie jest specjalie trudne. Na poziomie nawet czysto biologicznym, jesteśmy stworzeni do przeżywania niezależnego od intelektualnej wiedzy, że bohater jest fikcyjny, a grający go aktor przeżył i ma się świetnie.

Po drugie, przeżywalibyśmy stratę, gdyby w Rosji rozbił się rejsowy airbus. Prawdopodobnie również ogłoszona zostałaby żałoba narodowa. Róznica polega jednak na tym, że zdarzył się wypadek, w którym ofiary nie są anonimowe. Każdy, kto choć raz w miesiącu oglądał wiadomości, zna co najmniej kilka nazwisk i twarzy, potrafi je skojarzyć z jakimiś czynami, historią, poglądami. Znamy tych ludzi, nawet, jeśli nie interesowaliśmy się nimi lub nie zgadzaliśmy z ich decyzjami i słowami.

To wszystko – moim zdaniem – powoduje, że nie ma głosów „dość tej żałoby” – choć zawsze wcześniej dało się je wyraźnie słyszeć.

5. Myślę także (świadoma niekonsekwencji i sprzeczności we własnych słowach), że może cały ten sprzeciw, zapisywanie się do grup poparcia dla pochowania pary prezydenckiej w piramidzie Cheopsa, ignorowanie poruszania w wypowiedziach tematu straty przy jednoczesnej hiperaktywności w innych tematach (generalne współuczestnictwo, czy to na zasadzie poparcia, czy sprzeciwu), to objaw emocji przepuszczonych przez silne mechanizmy obronne. Oczywiście publiczne mówienie (pisanie) w internecie spełnia różne funkcje sprzyjające radzeniu sobie – mam intuicję, że taką funkcję spełnia mówienie (pisanie) o czymkolwiek, niekoniecznie o wydarzeniu, które owo poczucie straty spowodowało. Jestem ciekawa, czy faktycznie ludzie więcej czasu spędzają teraz na Facebooku czy Blipie, niż ma to miejsce na co dzień (na pewno spędzają więcej czasu w internecie ogólnie) – i czy rzeczywiście te „dodatkowe” wypowiedzi nie dotyczą katastrofy w Smoleńsku (tak wynika z moich, ograniczonych rzecz jasna, obserwacji). Jeśli ktoś ma taką wiedzę, będę wdzięczna za linki czy tytuły do publikacji w komentarzach.

——————————————————————————————————————————————————–

*** W TVN gościem był Aleksander Kwaśniewski. Wymiana zdań wyglądała mniej więcej tak (parafrazuję z pamięci):

Gospodarz: – Dlaczego nie było pana w samolocie?

A. Kwaśniewski: – Nie zostałem zaproszony, ale nie rozmawiajmy teraz o tym.

Gospodarza (zawiesza i zniża głos, chwila ciszy pełna powagi): – A gdyby pan był…?

Melanż ostateczny a II wojna światowa

•Styczeń 21, 2010 • 6 komentarzy

Kto z nas nie widział przerobionych fragmentów filmu „Upadek” z Adolfem Hitlerem jako osobą wkurzającą się na trójmiejskie kluby/ festiwale metalowe/ cokolwiek innego? Filmiki  roznoszą się błyskawicznie, a o ich popularności świadczy ilość ocen, komentarzy i wyświetleń. Youtube i Facebook są pełne przerobionego „Upadku” i z moich obserwacji wynika, że filmy te traktowane są jako zabawne i interesujące, bez refleksji o Holokauście, III rzeszy i II wojnie światowej. Ostatnio furorę robi temat imprezy electro. Hitler wraz z oficerami zastanawia się nad kondycją klubów, sprzeciwia wszechobecnej Lady Gaga i organizuje imprezę pod nazwą „Melanż ostateczny”. Jak dotąd obejrzało go ponad 100 tys. osób.

Melanż z filmiku stał się tak „zabawny” i tak „popularny”, że na Facebooku utworzona została nawet fikcyjna impreza „Melanż ostateczny”. Samo określenie „melanż” czy „epicka impreza” weszły do metajęzyka na facebooku, a fejsbukowa grupa „Liczy się pierdolnięcie” liczy sobie już ponad 11 tys. członków.

Przerabianie Upadku to jednak nie tylko polska domena. Są filmiki z wyświetleniami rzędu 4 milionów. Poniżej Hitler z angielskimi napisami wkurza się na trailer filmu Avatar – licznik wskazuje prawie pół miliona wyświetleń.

Kilka dni temu TVN pokazał materiał „Hitler zaprasza na dyskotekę„. Poszło o plakat reklamujący imprezę w jednym z klubów. Materiał nie odnosi się do popularności przeróbek „Upadku”, zajmuje się natomiast problemem propagowania symboli nazistowskich, w Polsce zabronionego prawem i zagrożonego karą pozbawienia wolności.

Wizerunek jednego z największych zbrodniarzy XX wieku reklamuje imprezę muzyczną w klubie „Skłot” przy Ząbkowskiej. Mieszkańcy Pragi są zniesmaczeni, szefowie klubu uważają, że plakat jest zabawny. A prokuratura przypomina, że za wykorzystywanie symboli nazistowskich grozi kara do dwóch lat więzienia i zapowiada, że zbada sprawę. ….-> czytaj dalej

Plakat wygląda tak

Sprawa warta jest zastanowienia się. Odnosząc się do plakatu i materiału TVN-u sądzę, że wbrew intencjom dziennikarzy TVN-u samo wykorzystanie wizerunku Hitlera nie oznacza jeszcze propagowania nazizmu.  To jest zależne od kontekstu, którego autorzy materiału najwyraźniej nie rozumieją. Kontekst w tym wypadku dotyczy przeróbki Upadku, nie dotyczy w ogóle ideologii III rzeszy.

I to jest druga strona medalu. Groteskowe i przerażające wydaje mi się, że jeden filmik z netu sprawił, że oto Hitler staje się dla masy ludzi bardziej kolesiem od melanżu, niż osobą, która odpowiada za Holokaust i II wojnę światową. Skojarzenie z melanżem staje się przez przerobiony „Upadek” silniejsze niż skojarzenie z wyrządzonym złem, choć prawdopodobnie go nie wyklucza. Mamy raczej do czynienia z rozszczepieniem – tak, jakby za owo zło odpowiadał inny Hitler, niż ten z filmiku.

O ile wcześniej w masowej kulturze funkcjonowały inne niż znane z podręczników historii wizerunki Hitlera i rzeszy w ogóle, choćby w ostatnim filmie Tarantino „Bękarty wojny”, o tyle nie znam utworów, które są zupełnie oderwane od tematyki zbrodni nazistów.  (Jeśli ktoś jest zainteresowany tym tematem szerzej, polecam świetny serwis Historia i media, który zajmuje się tym szczegółowo). Żyją jeszcze świadkowie tych wydarzeń i żyją osoby wychowane w Polsce powojenne, pamiętające zdjęcia dziadka, którego nie poznały, bo zginął w obozie, i jak sądzę większość z nich nie rozumie tego procesu i sprzeciwia się tworzeniu zabawnych skojarzeń z Hitlerem. Jestem ciekawa, czy istnieje korelacja pomiędzy wiekiem odbiorcy a poczuciem, że przeróbki „Upadku” są zabawne.

Z trzeciej strony nasza kultura jest tak mocno powiązana z II wojną światową, że trudno mi sobie wyobrazić, aby człowiek nie identyfikujący się z ideologią nazistowską miał zaprzeczać wyrządzonemu złu. Niemniej, oto na naszych oczach symbol, jakim jest Adolf Hitler stał się symbolem malenżu i zabawy.

Przypomina mi się scena z gimnazjum sprzed kilku lat. Po śmierci Jacka Kuronia dzieciaki rozmawiały na korytarzu, najpewniej dzień wcześniej rzuciły okiem na oglądane przez rodziców wiadomości.

– Ty, kto to był ten Jacek Kuroń, który wczoraj umarł?

– To ojciec tego znanego kucharza.

Ciekawe, kiedy na testach w szkole dzieciaki na pytanie „Kim był Adolf Hitler” odpowiedzą

– Kolesiem od melanżu.

Złe konsekwencje Polanski Gate

•Październik 1, 2009 • 4 komentarze

Od czasu IV RP nie zdarza mi się komentować rzeczywistości okołopolitycznej i z rzadka śledzę wypowiedzi złotoustych gwiazd mównic wszelakich, ale dzisiaj coś drgęło. Polański Gate ma jedną, znaczącą konsekwencję, o której politycy i komentatorzy nie mówią – i, jak mniemam, nie myślą.

Powiem wprost – to, co się dzieje wokół aresztowania Romana Polańskiego, zwłaszcza fala wszelkich listów otwartych, programów telewizyjnych i komentarzy, jest, moim zdaniem,  bardzo groźna dla dzieci będących ofiarami przemocy seksualnej ze strony dorosłych.

W Polsce po raz pierwszy bodaj (poprawcie mnie, Drodzy Czytelnicy, ale chyba po raz pierwszy?) osoby uchodzące w wielu kręgach za autorytety – znani i uznani twórcy, artyści, dziennikarze, posłowie, ministrowie, ambasadorzy – legitymizują seks z dzieckiem i ucieczkę przed wymiarem sprawiedliwości.

Kilka przykładów.

Fragment z Gazety Wyborczej, komentarz Seweryna Blumsztajna:

Apeluję tylko o pokorę wobec wielkiego talentu. To dar, wobec którego jesteśmy bezradni w naszych sądach moralnych. Mogę oczywiście się puszyć, jaki jestem szlachetny – nigdy nie prowadziłem się tak źle jak Polański.

Inny bulwersujący przykład, Zanussi w TVN:

Nie wierzę w niewinność ofiary. Ona nie robi wrażenia, że znalazła się tam przypadkiem.

I jeszcze Dorota Stalińska, tamże:

Po pierwsze to nie był gwałt, a stosunek z nieletnią za jej przyzwoleniem. (…) 13-letnie dziewczynki same prowokują dorosłych mężczyzn.

Nie dziwiłoby i nie bulwersowało odwoływanie się do przedawnienia sprawy, wieku Romana Polańskiego czy innych czynników powiązanych choćby z obyczajowością ówczesnej Ameryki. Jednak obrona Romana Polańskiego i domaganie się jego uwolnienia poparte jest pseudoargumentami obrażającymi dziecko, które padło jego ofiarą.

Seks z dzieckiem jest przez nasze autorytety nazwany „złym prowadzeniem się”, 13-latka jest wprost określana jako winna prowokowania dorosłego mężczyzny do seksu czy winna w ogóle.  Stalińska sugeruje, że jeśli dziecko „sprowokuje” dorosłego do seksu, to nie ma mowy o przestępstwie. Karolina Korwin-Piotrowska argumentowała też publicznie, że Samanta „nie była dziewicą”.

Tymczasem podobno 90 proc. bloggerów komentujących tę aferę jest przeciwna wypuszczaniu Polańskiego. Coś sprawia, że ludzie powszechnie uważają, iż za seks z dzieckiem reżyser powinien być osądzony i – jeśli tak zdecyduje sąd – poddany karze. Tajemnicą jest dla mnie, dlaczego celebryci powszechie prezentują zdanie przeciwne, ale coś jest na rzeczy.

I już abstrahując od samego reżysera i jego przeszłości, bo nie znając faktów nie podejmuję się żadnej oceny.

Jednym z osiągnięć naszej cywilizacji jest ochrona dziecka przed wykorzystaniem seksualnym. Ustawodawcy każdego cywilizowanego kraju świata starają się maksymalnie chronić dzieci. W naszej kulturze strach i obrzydzenie przed pedofilią są tak zakorzenione, że pomysł przymusowej chemicznej kastracji pedofilów, mimo równoczesnych wątpliwości co do zgodności z niezbywalnym prawem człowieka do decydowania o swoim ciele i zakazem tortur,  ma ogromne poparcie społeczne.

Wiemy, że dziecko nie jest w stanie świadomie i z dorosłego punktu widzenia zdecydować o seksie. Rozumiemy też, że czymś zgoła innym są „zabawy w doktora” pomiędzy dziećmi, a czym innym seks osoby dorosłej z dzieckiem.

Każdy seksualny kontakt osoby dorosłej z dzieckiem  – czy to za jego „zgodą” czy nie, jest wykorzystaniem dziecka do swoich celów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ma co do tego wątpliwości.

Krzywdzone dziecko ma najczęściej tylko jedno wyjaśnienie takiego stanu rzeczy – „to moja wina”. Dzieje się tak zwłaszcza w wypadku wykorzystania seksualnego i przemocy – a to dlatego, że ogromna większość przypadków  rozgrywa się we własnej rodzinie, o której dziecko nie jest w stanie myśleć źle. „To moja wina” jest najprostszym wyjaśnieniem każdej ofiary, pozwala bowiem zachować poczucie kontroli – „jeśli ja jestem zła, poprawię się i przestanę cierpieć”. Dzieci nie potrafią myśleć negatywnie o swoich najbliższych.

I w tym właśnie widzę niebezpieczeństwo afery z Romanem Polańskim w tle. Polska elita wywraca do góry nogami cywilizowane myślenie o wykorzystaniu dziecka. Tymczasem skala problemu w Polsce jest szokująca. Biorąc pod uwagę polskie badania: Niebieska Linia i Fundacja „Dzieci Niczyje” podają:

blisko 4% dzieci z Warszawy co najmniej raz miało kontakty seksualne  z osobą dorosłą.

Zbiorowa histeria, czyli polanski gate

•Wrzesień 28, 2009 • 1 komentarz

Mamy w kraju kolejną, wielką medialną sensację. Dziesiątki wpisów, setki słów, stanowczych protestów, głębokich oburzeń, komentarzy, wyjaśniania „jak było naprawdę”. Apelują twórcy, rządzący, interweniują ambasadorzy, ministrowie i prezydenci, komentują dziennikarze, specjaliści od ekstradycji i anonimowi informatorzy „ze źródeł zbliżonych do”. Nawet Obama wkrótce porozmawia, wszak rządy Polski i Francji przygotowują specjalne noty. Rozmawiają o tym wszyscy. Polański jest wszędzie, aż strach otworzyć lodówkę.

Fakty są takie: Polański podał alkohol i narkotyki 13-latce, i miał z nią seks. Uciekł przed procesem, dzięki czemu uniknął osądzenia i kary. Został aresztowany w Zurychu po 31 latach. Nie rozpisując się więcej o tamtym zdarzeniu (wszak liczące się media mają już specjalne serwisy poświęcone Polańskiemu i można sobie poczytać ze szczegółami co i jak, włączając to stenogramy z przesłuchań i aktualne zdjęcia ówczesnej 13-latki), chciałabym przez chwilę zatrzymać się na reakcji na to wszystko.

Bo, Szanowni Czytelnicy, zgłupiałam całkowicie. Oto, na naszych oczach, w kraju rodzi się prawdziwie oddolny zryw w obronie ciemiężonego przez machinę sprawiedliwości zza oceanu wielkiego, narodowego twórcy. Prawica zgadza się z lewicą, wschód z zachodem, Wałęsa z Kaczyńskim, cuda niebywałe! Panuje atmosfera wielkiego wybaczenia grzechów młodości, a oburzeni na zatrzymanie rozmówcy peany wznoszą ku czci filmowca. Wszak wspólnie głosić trzeba, jak wielkim i wspaniałym reżyserem jest Polański. Zupełnie, jakbym nagle obudziła się w kraju, w którym artyście wolno wszystko. W artystycznym, wolnościowym raju prawdziwym.

Bo w Polsce ot tak wybacza się Polańskiemu rzeczy, których Kowalskiemu nie wybacza się nigdy – seks z dzieckiem, ucieczkę przed sprawiedliwością. W obronie Polańskiego stosuje się argumenty, które, gdy podnosi je Kowalski, są wyśmiane i znienawidzone – że ofiara wyglądała na dorosłą, że ofiara sama się zgodziła, że ofiara wybaczyła.

Przedziwne to – wszak nieokrzesany i dość trudny dla masowego widza Polański nie jest naszą narodową ikoną i powodem do dumy codziennej, jak, dajmy na to, partiotyczny Wajda. Jego filmy nie są tak uwielbiane przez opinię publiczną jak, powiedzmy, Kawalerowicza. Powiedzmy wprost, Polański to żaden prototyp twórcy-Polaka.

I przychodzi mi do głowy tylko jedno. Najwyraźniej chodzi o klasyczne, bezrefleksyjne „biją naszych”.

W świetle zaostrzenia przed kilkoma dniami Kodeksu Karnego i podwyższenia kar za seks z dziećmi, któremu większość tego samego społeczeństwa i tych samych komentatorów przyklasnęła, nie sposób nie zauważyć pewnej schizofrenii. Odnoszę wrażenie, że inny narodowy bohater (choć fikcyjny), Kali, choć przecież „nie nasz” i nie taki wybitny, świetnie by to zrozumiał.

NIN: Reznor a kultura remiksu

•Czerwiec 13, 2009 • Dodaj komentarz

Czy dowolne, masowe i w zasadzie bezkarne udostępnianie muzyki w internecie może sprzyjać artystom w zarabianiu na niej pieniędzy? Oczywiście Ameryki nie odkryję pisząc, że może. Warunek jest jeden – zmiana i działań w stosunku do tego zjawiska. Część artystów świetnie to rozumie.

Jednym z muzyków czerpiących pełnymi garściami z promocyjnych i sprzedażowych możliwości, jakie daje Internet, jest bóg postindustrialnego grania, lider Nine Inch Nails, Trent Reznor.  Choć jego polityka względem praw własności intelektualnej jest dość schizofreniczna ( ma za sobą kilka sytuacji, w której po przeniknięciu do netu nagrań NIN wytaczać musiał armaty przeciwko rozpowszechniającym je osobom), to z drugiej strony od lat własnoręcznie wypuszcza w sieć ogromne ilości materiału audio i wideo, najczęściej doskonałej jakości. Najwyraźniejszym przykładem tego trendu jest wydanie dwóch albumów NIN wyłącznie za pomocą BitTorrent, już w 2006 roku. Abstrahując od poziomu artystycznego tych albumów, warto uświadomić sobie, że Reznor był pierwszym artystą tego formatu, który zdecydował się na taki krok (Radiohead ze swoim ‚In Rainbows’ to październik 2007 roku, i dopiero ten gest został masowo zauważony i komentowany przez dziennikarzy i bloggerów, choć przecież NIN popularnością Radiohead nie ustępuje).

autor: Rob Sheridan

fot. Rob Sheridan, CC-AT-SA, z flickr

Od tego czasu Reznor konsekwentnie wykorzystuje dobrodziejstwa internetu dla podkręcania popularności wśród tych odbiorców, którzy muzyki słuchają albo w internecie, albo za jego sprawą, na przykład ściągając płyty, oglądając YouTube, uczestnicąc w społecznościach MySpace i LastFm czy wreszcie Flickr. Po pierwsze, w Internecie dostępna jest ogromna ilość materiału NIN, co oczywiście powoduje, że zaangażowany w poszukiwanie muzyki internauta nie może się z nim nie zetknąć w takiej czy innej formie. Po drugie, Reznor dbając o wysoką jakość swoich wideo w istocie przycina skrzydła wszelkim bootlegowcomi i amatorom koncertowych relacji wideo, kręconych z komórek, których szczęśliwi posiadacze ulokowali się w najlepszym przypadku trzysta metrów od sceny. Po trzecie, NIN można w sieci oglądać nie tylko w postaci klipów, fragmentów DVD czy koncertówek, ale ostatnio nawet w postaci wideo nagranego ze sceny.

Wreszcie, po czwarte – co jest kolejnym milowym krokiem w wykorzystywaniu internetu przez artystów – w sieci pojawiło się ostatnio 400 GB wideo w jakości HD  (sic!), będącego żywym zapisem kamer z trzech koncertów, co sam Reznor na forum skomentował na forum nin.com w ten, cytowany w wielu miejscach w sieci, sposób:

The internet is full of surprises these days.
I was contacted by a mysterious, shadowy group of subversives who SOMEHOW managed to film a substantial amount (over 400 GB!) of raw, unedited HD footage from three separate complete shows of our Lights in the Sky tour. Security must have been lacking at these shows because the quality of the footage is excellent.

If any of you could find a LINK to that footage I’ll bet some enterprising fans could assemble something pretty cool.

Oh yeah, you didn’t hear this from me.

Mając do dyspozycji tak dużą ilość surowego materiału wideo, ludzie z radością odkrywają możliwości współtworzenia. Jeszcze nie widziałam żadnego z efektów, ale znając zaangażowanie fanów i czystą radość, jaką daje remiskowanie sądzę, że powstałe z tego koncertówki są doskonałe. Linki do pobrania filmów i krótkie wprowadzenie na nin.com.

EDIT:

Jak przytomnie zauważa wookie, istnieje także oficjalna strona remix.nin.com na której można sobie pobrać ścieżki do utworów i remiskować, udostępniać efekty pracy, oceniać prace innych etc itp do wyboru do koloru…

PS. NIN za niecałe dwa tygodnie po raz pierwszy zagra w Polsce. Masakryczna setlista z jednego z ostatnich gigów tutaj. Dzięki wookie!

Świergot zdechłej wrony – odszczekuję o blipie

•Czerwiec 9, 2009 • Dodaj komentarz

Od jakiegoś czasu krąży nade mną potrzeba odszczekania słów, które daaawno daaaawno temu wypisałam na niniejszym blogu w notce Mikroblogging a ciągłość życia. Moment jest dobry, bo właśnie wiele osób o blipie pisze. Powód? Materiał w Polityce o wiele mówiącym tytule „Świergot zdechłej wrony”.

Ale po kolei.

Dwa lata temu opisałam swoje wątpliwości pod adresem mikrobloggingu – przyznaję, nie znając go wtedy wcale (miałam już wprawdzie konto, ale ani nikogo nie obserwowałam, ani nikt mnie).

Pierwszy zarzut był taki, że pisanie o pierdołach jest nieinteresujące samo w sobie i w owym czasie zbiór blipów o jedzeniu pizzy przez obcych mi ludzi wydawał mi się jakimś koszmarem. Ale w swojej krytycznej notce napisałam też:

(…) krótki komunikat dostarczany natychmiast powoduje ogromne konsekwencje dla przekazywania newsów oraz dla ich komentowania, dzielenia się nimi, a zatem i kreowania ich przez odbiorców. wyobrażam sobie świat, w którym depesze agencyjne wysyłane do mediów zostaną zastąpione przez blipy prosto do użytkowników, rozchodzące się zresztą promieniście w ciągu kilku minut (…)

Wspomnieć w tym miejscu wypada, że niecały rok od wspomnianego wpisu u mnie finalnie przekonałam się do blipa i obecnie jestem zdania, że to genialne narzędzie codziennego kontaktu z ludźmi i jeszcze genialniejsze w codziennej pracy w mojej branży.  W tak zwanym „międzyczasie” sporo się na blogach i w mediach zaczęło o blipie/twitterze mówić, a dziś dotarł do mnie rzeczony tekst z Polityki.

Gdybym chciała odszczekiwać bez lektury „zdechłej wrony”, napisałabym przede wszystkim, że twitter/blip to  narzędzie nie do przecenienia dla mediów, zwłaszcza dla mediów internetowych.  Niestety, wypowiedzi ekspertów zaproszonych do rozmowy w Polityce cechuje ten sam poziom iwiedzy o tym narzędziu, który cechował mój cytowany wpis.

Autor materiału spotkał się z  Janem M. Zającem,  psychologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, badaczem Internetu i autorem pracy doktorskiej o blogach, oraz z Michałem Prysłopskim, szefem wydań internetowych „Rzeczpospolitej”, „Parkietu” i „Życia Warszawy”.  I tak Zając ewidentnie o tagach nie słyszał, a użytkowników blipa mówi, że dzielą się swoją nudą jak inżynier Mamoń. Prysłopski rzuca porównanie, które muszę zacytować:

(…) komunikację twitterową opisał już Jan Christian Andersen w bajce o głupim Jasiu. – Jaś jedzie drogą i krzyczy „Patrzcie! Jadę! Znalazłem zdechłą wronę!”. Za chwilę: „Mam stary but!”. Zaraz potem: „Ale błoto!”.  Nie widzę realnych korzyści dla użytkownika takich serwisów poza daniem upustu egocentryzmowi. To przelotna moda.

O ile jednak niewiedzę Prysłopskiego w pewnym sensie rozumiem (wszak dziennikarze wyrośli na tradycyjnych mediach, nawet jeśli obecnie zajmują się internetem, to powszechnie go nie znają i rozumieją), o tyle pracownik naukowy, w dodatku z reprezentowanej przeze mnie dziedziny wiedzy, a jeszcze do tego naukowo badający fragment internetu bliski blipowi/twitterowi, który nic o tych serwisach nie wie, to już zjawisko niepokojące.

Wszystkich ich wypowiedzi i postaw omawiać nie chcę, ale to, co widzę w tym materiale, to formułowanie opinii na podstawie jakichś wyobrażeń o blipie/twitterze; wyobrażeń identycznych do moich z czasów, gdy moja wirtualna noga na blipie nie postała. Eksperci kreślą obraz społeczności, która znudzona prostotą własnego życia w podobnej sobie grupie osób dzieli się informacjami z czynności codziennych, ba, fizjologicznych. Celem tej aktywności ma być, w oczach ekspertów, głównie uzyskanie złudnego poczucia ucieczki od porażającej przeciętności. Że użytkownicy blipa szukają audytorium przyjmującego ze zrozumieniem ich prozaiczne życie.

Tylko że blip wygląda zupełnie inaczej. Na moim kokpicie informacje o banalnych czynnościach stanowią nikły procent, a mam je i tak wyłącznie dlatego, że świadomie i z wyboru obserwuję osoby mi znane i bliskie. Ale nie dlatego blip/ twitter to rewolucja i narzędzie dla ludzi genialne.

Wystarczy śledzić, co się dzieje na blipe, żeby mieć najlepsze informacje z interesującej mnie dziedziny natychmiast i z pierwszej ręki. Bo oprócz tego, że ludzie piszą o jedzonej pizzy, opisują też wydarzenia, których są świadkami – wypadki za oknem, konferencje naukowe, recenzje filmów, newsy sportowe i polityczne, przeglądy prasy i trendów w reklamie czy designie, najlepsze zdjęcia z prasy i z flickra, linki do interesujących miejsc w sieci, bomby miejskie.

W redakcji miejskiego portalu gros zdjęć czy wręcz raportów z bezpośredniego sąsiedztwa istotnych wydarzeń udało się nam uzyskać dlatego, że po pierwsze zauważyliśmy na blipie, że ktoś wrzuca coś ciekawego, a po drugie, że po kontakcie z tą osobą w większości przypadków zgadza się ona na ich wykorzystanie w naszym materiale.

Pracując w redakcji często było tak, że  zanim wsiadłabym w swój samochód i przebijała się przez całe miasto w korkach, byłoby już po pożarze. Blip to bezpośredni dowód na to, jak zwykli ludzie sprawiają, że przeciętne medium może informować opinię publiczną szybciej, sprawniej, z samego środka wydarzeń. Tym bardziej dziwi, że zajmujący się internetowymi wydaniami gazet Prysłopski tego nie wie, bo wystarczy czytać jakiekolwiek blogi o internecie, żeby z tym zdaniem się spotkać.

Odrębną sprawą jest poziom samego materiału. Początek o Rosemary w różowej peruce rozpisującej się o weltschmertz sugeruje, że mamy do czynienia z jakąś bandą cyber-emo-freaków, a pisanie o twitterze w kontekście Yoko Ono, Oprah i Obamy może zrobić wrażenie naprawdę wyłącznie na tych, którzy internetu nie znają.  Na szczęście autor zauważył przytomnie, że twitter wiele razy poinformował cały świat o sprawach naprawdę dla niego ważnych. Do listy cudów z twittera dorzucę zatem relację z Phoenixa na Marsie.

Konkurs na recenzję książki

•Marzec 26, 2009 • Dodaj komentarz

Wielu Autorów piszących do Internetu ciągle doskonali swój warsztat na różne sposoby, m.in. czytając książki mistrzów gatunku. Dla nich powstał portal Lektury Reportera. Choć blogów i serwisów dla dziennikarzy jest w polskim internecie sporo, Lektury wyróżnia pewien spokój, to raczej przyjazna kawiarnia dla branżowców niż targ – brak tu sensacyjnych doniesień o kolejnych zwolnieniach w koncernach mediowych czy prognoz rozwoju tabloidów, znajdziecie natomiast mnóstwo informacji o samym warsztacie, kopalnię wiedzy o książkach, jakie każdy dziennikarz przeczytać powinien.

Lektury reportera to miejsce, w którym zajmujemy się książkami z dziedziny literatury faktu, reportażu oraz – szeroko pojętej – tematyki dziennikarskiej (…).  Będziemy tu także publikować relacje ze spotkań i imprez z udziałem interesujących nas autorów, wywiady z niektórymi z nich, prezentować ich sylwetki, a także dostarczać informacje o zapowiedziach wydawniczych i innych aktualnych wydarzeniach.

Do 15 kwietnia w Lekturach trwa konkurs na recenzję branżowej książki. Obok Maćka Lewandowskiego i Magdy Tobik mam zaszczyt zasiadać w jury konkursu, a nagrody są cenne: album zdjęć  Ryszarda Kapuścińskiego „Ze Świata”,  „Ryszard Kapuściński. Biografia Pisarza” pióra Beaty Nowackiej i Zygmunta Ziątka oraz powieść Lyonela Trouillota „Dzieci bohaterów”.